niedziela, 2 czerwca 2013

Porto to i to

dwa kościoły obok siebie, jeden dla tych z naszego dziennika, drugi dla tych od tyg. powszechnego








w piwnicach porto...



dobrze że uliczki takie wąskie, bo po tej degustacji wina to w szerszej byśmy się nie zmieścili ;-)
dzień kolejny w Porto spędzony na piciu wina i łażeniu ścieżkami mało turystycznymi... Zacznę od końca, właśnie mamy za sobą pętlę ślimakową ulic, bez chodników. Zagubienie to zakończyło się jazdą taksówką na bazę noclegową, bo po tak długim czasie ja wymiękłam. No i troszkę się bałam z Kosmą iść mostem, na którym jest tylko pobocze, na które nie umieliśmy trafić... no ale wcześniej był fajny dzionek.
Zaczęliśmy skoro świt, no może przesadzam z tym świtem, za to już tradycyjnie kupą Kosmy i przekomażaniem czyja kolej. Bolo przewijał, a na dodatek wygrałam dziś zakład czyli jutro tez Bolek przewija od rana ;-D
Zjedliśmy śniadanie w parku, i udaliśmy się na szwędanie. Zwiedziliśmy kilka kościów, w katedrze akurat mieli przerwę i nie można było wejść. Ehh Porto, schody schódki i schudeczki, cudnie!! tylko czeterogłowy jakoś nawala teraz ;/
Przeszliśmy przez most i czekając na sesję po angielku w piwnicach porto, zjedliśmy obiad. Sardynki. Raczej ostatni raz, nie przypadły mi do smaku. Cała portugalska kuchnia dla mnie to dużo za słona jest. Potem mnie suszy i trzeba pić, a tu trza karmić czyli się nie opyla.
Po sardynkowym obiedzie zwiedzaiśmy z przewodniczką piwnice porto zakończone degustacją. Białe i czerwone, mniam mniam mniam....ehhhh
Wychodząc mieliśmy zamiar przejść innym mostem niż przyszliśmy, ale coś nas podkusiło i zamiast iść wzdłuż rzeki poszliśmy znów pięknym schodami i uliczkami w górę. No i tak to wyszliśmy na moście na który da się wejść ale tylko od dołu, a my byliśmy już na jego górze i ni jak, chyba że po
panczursku - poboczem autostrady, nie dało się na niego wejść. Tu historia się kończy, bo jakoś udało się złowić taxi która nas zawiozła na nocleg.

piątek, 31 maja 2013

dwie wieże a raczej jedna wieża dwa razy




I love tatuś

widok ze schroniska w którym spaliśmy




Kolejny dzień w Porto za nami! jest cudownie!! dziś już od rana słońce świeciło, i było ciut cieplej, szkoda że tylko ciut. W schronisku nie było na dziś miejsca i wszystko sprwadzane przez internet było zajęte. Pomodliliśmy się do świętego od dobrych noclegów i podjechaliśmy bliżej centrum. Udało się znaleźć nocleg, bardzo przez przypadek i to w atrakcyjnej cenie, jak na środek miasta. Śpimym w małym, niepozornym hoteliku, znalezionym przez przypadek ;-)


Ruszyliśmy z Kosmą na miacho, młody w chuście, tyle tu schodów że nie opłaca się brać wózka, bo częsciej by go trzeba było nosić. A tak to raz ja raz Bolo, raz brzuch raz plecy i jakoś te nasze kochane 9 kilo z 3 zębami, w tym jeden portuglaski nosimy.
Jako pierwszą atrakcję wdrapaliśmy się na najwyższa wieżę. Widoki pewno byłyby przecudowne, gdyby mój instynkt macierzyński był nieco słabszy... Kosma zaczął płakać jak Bolek wniósł go na górę, a było bardzo ciasno i wietrzenie i trzeba było zejść z wieży na dół, zeby synka jakoś z płaczu utulić(tzn. Marta uważała, że koniecznie trzeba zejść na dół - ja tam uważałem, że dziecko jest dziecko, to płacze, krzywda mu się nie dzieje, nie drze się jakby go ze skóry obdzierano, tylko marudzi, więc spokojnie można wieżę obejrzeć, widokami się nacieszyć, zdjęcia zrobić i też będzie dobrze...Instynkt macierzyński Marty domagał się natychmiastowych i zdecydowanych działań...). Czyli ledwo wspieliśmy się od razu zaczeliśmy schodzić w dół... Kosma płakał całą drogę i oczywiście na dole przestał... no to przytuliłam chłopca i sru na górę jeszcze raz. Bolek był już na tej wieży, Porto zna jak własną kieszeń, prawie, no to został na dole.(Poza tym po wejściu i zejściu na i z wieży z 9kg ciężarkiem zawieszonym na brzuchu miałem lekkie zakwasy w nogach i już nie bardzo miałem ochotę na powtórkę z rozrywki:)) Na tej wieży gdzieś na środku jest taki instrument, który nie wiem jak się nazywa, gra się jak na organach ale nie ma piszczałek tylko dzwonki. Takie jak były na filmie "Jeszcze dalej niż północ". Świetna sprawa jak ktoś to umie ogarnąć ;-)
Po wieży spotkaliśmy się z Anią i Stefanią. Mieszkają niedaleko Porto. Stefania ma 10 miesięcy i jest drobniejsza od naszego Kosmy, do tego bezzębna. Ale wspaniale było się spotkać! zjedliśmy wspólnie obiad. Ania ma męża portugalczyka i od prawie 2 lat mieszka w wiosce rybackiej na północ od Porto. Opowiadała sporo ciekawych rzeczy o takiej starej, zamkniętej społeczności rybackiej. Mi się podobało, ale w sumie to jesteśmy pełni zrozumienia, że ona słabo to znosi. Ale rozmawiało się świetnie i super było spotkać i się dowiedzieć tyle.
Aha!!! przed obiadem, już bardzo głodni czekając na dziewczyny postanowiliśmy wsunąć coś małego na pierwszy głód. Knajpka na knajpce, ale my znaleźliśmy jakąś taką baaardzo lokalną. I tanią, bardzo tanią. Za bułkę z wątróbką, cebulką i kieliszkiem wina do tego niecałego eurosa chcieli, ja wziełam sobie w ramach eksperymentu pieroga w panierce, ale niestety nie wiem co było w środku...przypuszczam że jakiś farsz z owoców morza? knajpka okazała się tak bardzo lokalna że wychodząc z niej kupiliśmy na dworcu pół litra coli i spłukaliśmy owe jadło...brrrr. Niekiedy folklor mnie przerasta! ale to i tak nic w porównaniu z dzielnicą na którą trafiliśmy szukając kawiarni...
Pożegnaliśmy dziewczyny, które pojechały do domu, a my udaliśmy się nad rzekę w celu pobudzanie się kawą i ogrzania w resztkach słońca. Nad rzeką oglądaliśmy jak się barki winne (do przewozu wina) przecumowywują, następnie zaczeliśmy szukać troszke mniej ludnego miejsca( na nabrzeżu pełno wiary, tej). Zaczeliśmy się wspinać schodami, ale za schodami były następne schody to weszliśmy i na nie, a za nimi były kolejne i kolejne, no to raz w góre raz w dół i znów w górę, i te schody są WSZĘDZIE!!! ale czadowo było. No i tak trafiliśmy w dzielnice w której nawet Bolo wcześniej nie był. No to wchodzimy do pierwszej "kawiarni" i jak weszliśmy tak wyszliśmy, bo przy barze stało kilku panów już na dość miekkich nogach. Wchodzimy do następnej "kawiarni" prosimy o kawę- nie ma. To do następnej, do tej następnej wchodziło się czerwonymi schodami w dół, gdzie czekało już kilka starszych pań na kanapie i dwie za ladą, pytamy dalej, usilnie o kawę, której baaardzo potrzebujemy- panie dość dziwnie na nas że tu kawy nie dostaniemy! ale powiedziały gdzie ją dają, wychodzimy. Wchodzimy do następnej, znów słyszymy że kawy ni ma, za to plakaty z paniami z gołymi piersiami i owszem- są. Mineliśmy jeszcze kilka takich "kawiarni" aż w końcu udało się wyjść na jakiś plac z kościołem i tam już restauracja była no ii kaaaawa, przepyszna w końcu też. Zjedliśmy sobie do tego deser. Bolo miał lody w cytrynie- Kosma był zachwycony skórką która widocznie przynosiła ulgę jego spuchłym dziąsełkom.
Po zbawiennej kawie, ruszyliśmy już do naszej bazy. No i jesteśmy i piszemy ;-) ale netu tu nie ma więc cierpliwie czekajcie na wieści. Amen.










Porto

papież nowej ewangelizacji, pod różnym kątem zmienia się tło, bajer

na uliczkach Porto

Bolek i Stefania

zieleń pochłaniająca domy

no co przecież jem cytrynę

czwartek, 30 maja 2013

powitanie Porto

jesteśmy w Porto!!!!!!!!!!!!



nareszcie;-DDDD


 
A było tak. Szybko się rano, jak na nas, ogarneliśmy. No bo przecież w planie było śniadanie w rzymskim mieście. Jak tylko przekroczyliśmy próg rezydencjone to się okazało że leje deszcz. Jeszcze szybciej niż planowaliśmy znaleźliśmy się w samochodzie, ale nici ze zwiedzania miasta. Kosma zasną zanim dojechaliśmy do Coimbry, więc wykorzystując jego spanie jechaliśmy jak najdalej. W końcu głód nas zmorzył, Kosma sie obudził, więc zabraliśmy się za jedzenie. Na stacji benzynowej kawy nie było, ale za murkiem obok była mała knajpka z krzesłami na zewnątrz. Niestety jeszcze zamknięta była, wiec zjedliśmy zaległe bułki z mocarellą i ciorito i TADAM przyszedł pan i otworzył knajpę, więc spłukaliśmy to porządnym espresso i to takim że nie wiem czy dziś zasnę ;-)
Z pogodą było krucho, w autku wygodnie i ciepło ale tak to zimno, mokro, noska z chatki nie wyściubię. No ale trzeba było. A jeszcze już w samym Porto zanim trafiliśmy na nocleg to fest pobłądziliśmy, byliśmy w takich miejscach w których inaczej w życiu nie zobaczylibyśmy, aczkolwiek nie koniecznie chcieliśmy je widzieć...

no w końcu się udało, z dość małą zniżka na karty pttk mamy nocleg w schronisku, ale tylko na jedną noc (bardzo byśmy chcieli żeby ktos zrezygnował z rezerwacji i wtedy byłoby miejsce dla nas) ale za to ze śniadaniem. Widok z okna podczas ładnej pogody jest na PaAAana OceaAAana, ale teraz widać barierki i deszcz. Kto czytał "Szamana Morskiego" ten wie o jakiego PaAAana OceaAAana chodzi...
W schronisku po rozpakowaniu i skonsumowaniu portugalskich biszkoptów i piwa na tarasie poszliśmy spać - dzięki Kosmie, bo to jego czas na drzemkę był. A że spał 1,5h to też się nam upiekło. Przez te drzemki dopiero ok. 16 ruszyliśmy na miacho. Nie było przyjemnie - tak jak podczas wyprawy na Bornholm - zimno, mokro i ch...owo ale Bolo dodawał siły swoim zafascynowaniem tym miastem, które powoli przechodziło i na mnie. Więc to zimno, mokro i do bani powolutku zaczeło się przeradzać w ohy i ahy, mimo ciągłego padania deszczu.

Zrobiliśmy szybką przerwę na pokrzepienie ciała w kawiarni i poszliśmy na dworzec. Jest cały w kafelkach, Bolo twierdzi że sceny batalistyczne, a ja tam same karmiące baby widziałam... następnie katedra i zejście do mostu Eifla, oh i ah i wow. Gdzieś pomiędzy tym rzeźba: ubrany pan przytulający nagą panią....cóż, sztuka współczesna ;-/

Przeszliśmy przez most i zatrzymaliśmy się na jedzeniu w knajpie, no i wtedy wyszło słońce- Bolek wcześniej się o nie modlił. Byliśmy przezachwyceni widokiem. Miasto naprawde robi wrażenie. Ale jak patrzę na zdjęcia, to można gadać o fotce a nie o tym co na nim jest. Naprawde nie warto patrzeć przez obiektyw kiedy dookoła tyyyyle wspaniałości które trzeba chłonąć. Na zdjęciu nie umiem tego chłonięcia oddać.

Troszku się w knajpie zasiedzieliśmy, kelnerzy zabawiali Kosmę słomkami do napoi, miło i sympatycznie. No i Kosma łagodził ból swoich dziąsełek zimną puszką coli no i prosze państwa: mamy portugalskie zęby. Jeden juz się przebił a kolejny tuż tuż, może rano już będzie.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

środa, 29 maja 2013

od zamku do zamku


atłasy i półnagi mężczyzna...taki mieliśmy nocleg w Rio Maior

Rano zjedliśmy hotelowe śniadanie, na zmianę trzymając Kosmę, który nie był zainteresowany jedzeniem. No chodź trochę ciorito oblizywał. Ruszyliśmy po przestudiowaniu mapy. Wymyśliliśmy że jedziemy do Guardy. Z Rio Major mieliśmy się przemieszczać żółtymi lub białymi drogami. Ale pilot którego mamy pokierował tak a nie inaczej i wpierw znaleźliśmy się w Alcobaca. Tam zwiedziliśmy klasztor z grobowcami dwojga kochanków, troszkę zgniło śmierdząca historia. Tu posyłam linka dla zainteresowanych
http://www.bezmapy.pl/przewodniki/swiat/portugalia/alcobaca-alcobaa-zobaczyc-klasztor-zabytek205.html


 Jaworowy, Ostry to są moje siostry









to figura św. Stefana- pozdrowienia dla małego Stefana ;-)



od lat ćwiczę karate...

po posiłku Kosmy pojechaliśmy dlalej w kierunku Liiri, bo już wtedy zmieniliśmy plan, że czerwonymi drogami jeździmy jak Kosma śpi, żeby nadrobić to co musimy się zatrzymywać. Żeby wyjechac z Alcobaca to troszku pobłądziliśmy, ale za to widoki i drogi- fantastyczne!!!!

drogi kręte ale cudne

W końcu koniec języka za przewodnika, zapytałam po polsku pana gdzie jechać, no to on wsiadł z nami do auta i wywiózł nas tam gdzie potrzebowaliśmy, a sam przy okazji szybciej był na miejscu ;-)
tu tylko przejechaliśmy, bez zwiedzania

 Kierowaliśmy się na Pombal. W końcu udało się dotrzeć, bo Kosma spał czyli czerwoną drogą jechaliśmy. Na miejscu zjedliśmy zupę kapuściano fasolową czego skutki da się wyczuć w naszym pokoju. No i zjedliśmy te ichnie bułki z mięsem na ciepło. Następnie zwiedziliśmy miasteczko. Weszliśmy na ruiny zamku, chodź był na nim dzwig i kilku panów pracowało to do końca nie wiadomo czy to teraz budują czy staroć. Wikipedi twierdzi że to twierdza tempraliuszy. Jeszcze w Pombal wypiliśmy kawkę i wio dalej.
zamek templariuszy i jedzenie zupy;-)













Dziś śpimy w Condeixa, w rezydenciones gdzie pan miesza wszystkie języki prócz angielskiego, nawet wie kto to Lech Wałęsa...ale mówi na niego Wale Kreza... ;-/

Zwiedziliśmy miasteczko, kościół, place, kilka klimatycznych uliczek, no i na jednej z wieżyczek pan wyprowadzający świnię na spacer ;-D

po małych zakupach wróciliśmy do hoteliku, bo :" zimno i wracajmy"





 
Na jutro ambitny plan, po obudzeniu i spakowaniu jechać do rzymskiego miasteczka, a raczej jego ruin i dopiero tam zjeść śniadanie, zwiedzić i jechać do Porto. Zobaczymy, dobranoc.