piątek, 31 maja 2013

dwie wieże a raczej jedna wieża dwa razy




I love tatuś

widok ze schroniska w którym spaliśmy




Kolejny dzień w Porto za nami! jest cudownie!! dziś już od rana słońce świeciło, i było ciut cieplej, szkoda że tylko ciut. W schronisku nie było na dziś miejsca i wszystko sprwadzane przez internet było zajęte. Pomodliliśmy się do świętego od dobrych noclegów i podjechaliśmy bliżej centrum. Udało się znaleźć nocleg, bardzo przez przypadek i to w atrakcyjnej cenie, jak na środek miasta. Śpimym w małym, niepozornym hoteliku, znalezionym przez przypadek ;-)


Ruszyliśmy z Kosmą na miacho, młody w chuście, tyle tu schodów że nie opłaca się brać wózka, bo częsciej by go trzeba było nosić. A tak to raz ja raz Bolo, raz brzuch raz plecy i jakoś te nasze kochane 9 kilo z 3 zębami, w tym jeden portuglaski nosimy.
Jako pierwszą atrakcję wdrapaliśmy się na najwyższa wieżę. Widoki pewno byłyby przecudowne, gdyby mój instynkt macierzyński był nieco słabszy... Kosma zaczął płakać jak Bolek wniósł go na górę, a było bardzo ciasno i wietrzenie i trzeba było zejść z wieży na dół, zeby synka jakoś z płaczu utulić(tzn. Marta uważała, że koniecznie trzeba zejść na dół - ja tam uważałem, że dziecko jest dziecko, to płacze, krzywda mu się nie dzieje, nie drze się jakby go ze skóry obdzierano, tylko marudzi, więc spokojnie można wieżę obejrzeć, widokami się nacieszyć, zdjęcia zrobić i też będzie dobrze...Instynkt macierzyński Marty domagał się natychmiastowych i zdecydowanych działań...). Czyli ledwo wspieliśmy się od razu zaczeliśmy schodzić w dół... Kosma płakał całą drogę i oczywiście na dole przestał... no to przytuliłam chłopca i sru na górę jeszcze raz. Bolek był już na tej wieży, Porto zna jak własną kieszeń, prawie, no to został na dole.(Poza tym po wejściu i zejściu na i z wieży z 9kg ciężarkiem zawieszonym na brzuchu miałem lekkie zakwasy w nogach i już nie bardzo miałem ochotę na powtórkę z rozrywki:)) Na tej wieży gdzieś na środku jest taki instrument, który nie wiem jak się nazywa, gra się jak na organach ale nie ma piszczałek tylko dzwonki. Takie jak były na filmie "Jeszcze dalej niż północ". Świetna sprawa jak ktoś to umie ogarnąć ;-)
Po wieży spotkaliśmy się z Anią i Stefanią. Mieszkają niedaleko Porto. Stefania ma 10 miesięcy i jest drobniejsza od naszego Kosmy, do tego bezzębna. Ale wspaniale było się spotkać! zjedliśmy wspólnie obiad. Ania ma męża portugalczyka i od prawie 2 lat mieszka w wiosce rybackiej na północ od Porto. Opowiadała sporo ciekawych rzeczy o takiej starej, zamkniętej społeczności rybackiej. Mi się podobało, ale w sumie to jesteśmy pełni zrozumienia, że ona słabo to znosi. Ale rozmawiało się świetnie i super było spotkać i się dowiedzieć tyle.
Aha!!! przed obiadem, już bardzo głodni czekając na dziewczyny postanowiliśmy wsunąć coś małego na pierwszy głód. Knajpka na knajpce, ale my znaleźliśmy jakąś taką baaardzo lokalną. I tanią, bardzo tanią. Za bułkę z wątróbką, cebulką i kieliszkiem wina do tego niecałego eurosa chcieli, ja wziełam sobie w ramach eksperymentu pieroga w panierce, ale niestety nie wiem co było w środku...przypuszczam że jakiś farsz z owoców morza? knajpka okazała się tak bardzo lokalna że wychodząc z niej kupiliśmy na dworcu pół litra coli i spłukaliśmy owe jadło...brrrr. Niekiedy folklor mnie przerasta! ale to i tak nic w porównaniu z dzielnicą na którą trafiliśmy szukając kawiarni...
Pożegnaliśmy dziewczyny, które pojechały do domu, a my udaliśmy się nad rzekę w celu pobudzanie się kawą i ogrzania w resztkach słońca. Nad rzeką oglądaliśmy jak się barki winne (do przewozu wina) przecumowywują, następnie zaczeliśmy szukać troszke mniej ludnego miejsca( na nabrzeżu pełno wiary, tej). Zaczeliśmy się wspinać schodami, ale za schodami były następne schody to weszliśmy i na nie, a za nimi były kolejne i kolejne, no to raz w góre raz w dół i znów w górę, i te schody są WSZĘDZIE!!! ale czadowo było. No i tak trafiliśmy w dzielnice w której nawet Bolo wcześniej nie był. No to wchodzimy do pierwszej "kawiarni" i jak weszliśmy tak wyszliśmy, bo przy barze stało kilku panów już na dość miekkich nogach. Wchodzimy do następnej "kawiarni" prosimy o kawę- nie ma. To do następnej, do tej następnej wchodziło się czerwonymi schodami w dół, gdzie czekało już kilka starszych pań na kanapie i dwie za ladą, pytamy dalej, usilnie o kawę, której baaardzo potrzebujemy- panie dość dziwnie na nas że tu kawy nie dostaniemy! ale powiedziały gdzie ją dają, wychodzimy. Wchodzimy do następnej, znów słyszymy że kawy ni ma, za to plakaty z paniami z gołymi piersiami i owszem- są. Mineliśmy jeszcze kilka takich "kawiarni" aż w końcu udało się wyjść na jakiś plac z kościołem i tam już restauracja była no ii kaaaawa, przepyszna w końcu też. Zjedliśmy sobie do tego deser. Bolo miał lody w cytrynie- Kosma był zachwycony skórką która widocznie przynosiła ulgę jego spuchłym dziąsełkom.
Po zbawiennej kawie, ruszyliśmy już do naszej bazy. No i jesteśmy i piszemy ;-) ale netu tu nie ma więc cierpliwie czekajcie na wieści. Amen.










Porto

papież nowej ewangelizacji, pod różnym kątem zmienia się tło, bajer

na uliczkach Porto

Bolek i Stefania

zieleń pochłaniająca domy

no co przecież jem cytrynę

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz