-------------
witki opadują.... dziś Kosma nam pokazał co to znaczy zrobić kupę, a może po prostu lubi się przebierać kilka razy dziennie i to wszystkie ubrania. Najpierw kilka minut przed mszą więc przewijanie na podłodze gdzieś w toalecie, a przed chwilą w pingo-doce, czyli coś jak nasza biedronka, ale już fachowo na przewijaku.
No ale cóż w końcu dziś mój pierwszy dzień matki...to świętujmy
Wczoraj po przejściu drogi krzyżowej i obejrzeniu domów Łucji oraz Hiacynty i Franciszka doszliśmy do miejsca, gdzie autobus za autobusem ledwo się przeciskały (no, Marta zrobiła zdjęcie) i trafiliśmy na napis 'bebidas frescas, habitaciones'. To by było - świeże (lub zimne) napoje i kwatery. No to się zapytaliśmy o te świeże napoje bo słonko paliło, ale było tylko piwko i jakieś tam puszkowe (stary drogowskaz wyglądał mi raczej na to, że zastaniemy tam domowe wino). No to sącząc to i owo zapytaliśmy z ciekawości o pokoje. Pokoje ładne z porządnymi łóżkami (to nasze u sióstr raczej za krótkie i pojedyńcze) małżeńskimi. Do tego dużo słońca i powietrza, a u sióstr piwnica. I do tego taniej niz o siostrzyczek, wiec postanawiamy się przeprowadzić następnego dnia. No o jesteśmy.
Dzisiejszą noc spędzamy sąsiadując z domem- muzeum rodziców Łucji i Franciszka. Marto. Tak się nazywali.
----------
jest 27 maja, zimno a nawet ZIMNO. Brrr po mało ciepłej nocy, zjedzonym śniadaniu pijemy kawę i wypisujemy pocztówki.
Wszystkie warstwy ubrań mamy na sobie i modlimy się żebyśmy nie musieli przebierać Kosmy równocześnie żałujemy że nie pojechaliśmy na Islandie, bo tam przynajmniej byśmy zabrali więcej ciepłych ubrań ;-)
Jakby was kusił nocleg tam gdzie my dziś spaliśmy to niestety ale nie polecamy. Trzeba się było umyć, troszke pomagałam Bolowi w ogarnięciu Kosmy i mówię: śmierdzi z kanalizy w łazience jak puściliśmy wodę...śmierdzi i śmierdzi coraz bardziej, jak nalaliśmy wody do wanny żeby tez ciuchy przeprać, to się okazało że to nie z kanalizy tylko woda tak śmierdzi!!!! no to czym prędzej kończyliśmy mycie i pranie, bleee ale śmierdziało. Pranie mimo rozwieszenia na sznurach nie wyschło i nasz wózek wygląda jak wóz cygański. Dziecko w środku przykryte chustą, aparat, siatka z pieluchami, siatka z mokrymi rzeczami których nie ma już gdzie powiesić no i pełno suszących się bodów ;-) A ja tam polecam. Śmierdziało faktycznie strasznie, ale takie uroki.
a jeszcze co do noclegu to rano wchodzę do łazienki a tu pająk, ale nie taki chajźlowy tylko PAJĄK taki brrrrrrrrr wielki, tuptający głośno nogami, brrrr, ale pewno bał się bardziej od nas, chodź jeżeli chciał nam wejść do pokoju to chciał się zakolegować? ale nie doczekanie jego! w końcu se poszedł ;-) jesteśmy ocaleni ;-)
jak dokończmy kawę i kartki to idziemy bablebutelki napełnić wodą z sanktuarium, tą śmierdzącą nie mieliśmy odwagi...chodz jakby filtr nie dał rady to można by reklamować...
----------------------------------------------------------------------------------
teraz pędzimy autobusem w którym jest wi-fi
Tu się proszę nie przejmować bilansem bieli tylko oglądać. To niedzielne tłumy.
Tu Kosma pozujący na Jezusa, aż go siłą rodzona matka musiała odciągać.
...ale się udało...
Jak w Portugalii komuś listonosz zostawia, to nie da się przeoczyć, nie to co u nas...
Wyspać się nie dają...
Kosma z Maryjkami w tle
Fragment muru berlińskiego.
Nasz cygański tabor, ore ore, siabadabada, ave Maria (Marta kazała dopisać)
W kaplicy objawienia
Kult wyrażany tabletem. Znaki czasu... Nowa ewangelizacja...
Żona dobre zdjęcia robi... Wszystkie te świeczki często stapiają się później w jeden wielki ogień, okropnie dymiący, dlatego to miejsce nazywaliśmy 'grillem'
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz